Serwis turystyczny o Słowacji Wspomnienia - Dobsina 2003
SŁOWACJA

DZIEŃ 1

DZIEŃ 2

DZIEŃ 3

DZIEŃ 4

WSPOMNIENIA

Oto relacja z wyjazdu do Dobsiny na majówkę w dniach 01.05 - 04.05.2003 

DZIEŃ I - 01.05.2003r.

Tarnów ---> Wojnicz ---> Szczawnica ---> Nidzica ---> ŁysaPolana ---> Poprad ---> Dobsina

START ....

Wyruszamy spod Mimozy busikiem, za sterami, którego siedzi niezastąpiony Stasio Wróbel.

Serca nasze zmieszane, bo część ekipy się nie zna i w ogóle każdy zastanawia się jak będzie? Jedziemy więc na początku spokojniutko, pogryzając paluszki i pijąc piwko. Nic nie wskazuje na mocniejsze wrażenia, aż w pewnym momencie bus gwałtownie hamuje, wypada z niego jak huragan Luk i biegnie co sił w nogach na pobocze drogi. My wstrząśnięci sytuacją, spoglądamy przez okno co się stało, a on tylko musiał... no powiedzmy "ulżyć sobie".

kierowca         LUK

Za chwilę ruszamy dalej, już wszyscy się poznali, śmiejemy się, padają pierwsze kawały, luz - KRUS. Wreszcie dojeżdżamy do Szczawnicy. Pogoda cudowna, słońce grzeje (czego niestety skutki odczuli na sobie niektórzy z ekipy jak np. ta oto pisząca ten "reportaż"). Wyjeżdżamy kolejką na Palenicę, a następnie próbujemy sił na torze saneczkowym, ustanawiając nowe rekordy prędkości.

Pstryk, pstryk, parę fotek na tle cudownych górskich krajobrazów i z lekkimi serduchami wracamy na dół. Teraz naszym mobilem ruszamy na podbój Słowacji zatrzymując sie po drodze w Nidzicy.

palenica

Nidzica

Granicę przekraczamy w spokoju i ruszamy na niezbędne zakupy czyli vodka i browar, tudzież whisky. Następnym punktem programu okazuje się spływ Dunajcem ze Słowackimi flisakami. Jest po prostu super!

Czarodziejskie widoki gór i lasów ożywają w opowieściach naszego flisaka. Mijamy skałę z której, o dziwo, mężowie rzucali się do wody po zdradzie ukochanej połowicy, zamiast ją zrzucić, Czerwony Klasztor, parę, której Rysio intonuje "You are so beautiful" i zachowując poważne miny, gdyż nasz Januszek wszystko rejestruje na kamerze Krzycha, machamy ludziom na brzegu.

Trzy korony         Cepry

Nic nie zakłóca sielskiej atmosfery nawet prześcigająca nas kaczka. Po dopłynięciu do stałego lądu, ucałowawszy ziemię, przegryzamy w knajpce małe co nieco i jedziemy do Radka. Nasz gospodarz wita nas chlebem i solą czyli rosołkiem i gulaszem mięsnym w wersji słowackiej. Jedzonko mniam, mniam. ---->>

http://www.starahoraren.sk - Gorąco polecamy !!!

Stara Horaren

Po rozpakowaniu się w pokojach iście królewskich - są nawet popiersia Murzynów (poznaję po dużych ustach!)- idziemy do domku zamieszkiwanego wyłącznie przez osobników płci męskiej na imprezkę przy kominku. Cóż tu dużo mówić, po prostu jest czadowo! Jasiu, Piotrek i Ryś - gitarka, reszta grupy z kobiecym, fenomenalnym chórkiem na czele śpiew (czyt. wrzaski!).

Zastanawiamy się nawet nad przyszłorocznymi eliminacjami do konkursu Eurowizji! Oprócz tego mocne starosłowackie trunki, pierwsze próby z tequilą zakończone pomyślnie i tak do raneczka. Około godziny 4.00 pełni wrażeń i "helikopterów" kładziemy się spać. :-)

woman          rysio


DZIEŃ II - 02.05.2003r.

Dobsina ---> Dedinky ---> Spiska Nova Wies ---> Spisky Hrad ---> Dedinky

Pobudka raniutko i zjadamy na śniadanie pyszne danie czyli jajecznicę na kiełbasie. O 9.00 długo oczekiwany przez nas moment czyli jazda konna. Koniki są dwa, na trzecim siedzi kowboy, który jest naszym przewodnikiem, ale nie duchowym.

Wszyscy myśleli, że koniki z nami na grzbiecie będą chodzić dookoła zagrody z uzdą trzymaną przez fachowca, a tu nie! Heja, właź na koń i do boju! Wszyscy z zapartym tchem obserwują dwie pierwsze szalone ryzykantki (to ja i Madzia), jak dosiadają koniczków. (Przy okazji dowiedziałam się, że na rumaka wsiada się lewą nogą ;-). Postawa w siodle i ruszamy, patataj, patataj... Doznania tej fantastycznej przejażdżki przeszły nasze najśmielsze oczekiwania.A zwłaszcza konik znany jako Baron, który najpierw oddala się od grupy, chcąc zapewne na osobności lepiej poznać nieszczęsnego delikwenta, który śmiał go dosiąść, a potem gdy już ta forma spaceru go znudzi, kłusem dogania końskich kolegów - Tomasza i Ninę (wcale, ale to wcale, nie chcąc zwalić z siodła nieszczęśnika, ale my jesteśmy twarde sztuki i wcale się Baronowi nie daliśmy!). Było po prostu odlotowo!!

koniki          nina

Po konikach jedziemy nad jezioro Dedinky i wdrapujemy się na górę Gerawy.

Tu niesamowitym hartem ducha i wprost nadludzką wytrzymałością wykazuje się Januszek. W upale i kurzu gna z kamerą do przodu nie bacząc na kamienie, błotko i górskie strumyczki, by sfilmować swoich towarzyszy podczas trudów wspinaczki.

Dedinky         Geravy

Po dojściu na górę góry krótki odpoczynek, niektórzy nawet tarzają się po trawie, ot młodość, i schodzimy na dół stęsknieni za zimnymi napojami wstrząsowymi. Kolejna atrakcja jaka nas czeka, to ruiny zamku w Spiskim Hradzie. Po drodze tylko zatrzymujemy się łyknąć wodki, nie mylić z vódką, z gejzera - zuber przy tej wodeczce to coca cola.

 Zamek jest przepiękny, wychodzimy też na wieżę prawie nabawiając się klaustrofobii. Po zejściu do busa okazuje się, że brakuje dwóch osób - Madzi i Darka. Czyżby chcieli zmienić lokum i zamieszkać z duchami, bo każdy zamek na pewno jakieś posiada.

gejzer          hrad

Czy też może zabłądzili zwiedzając zamek i nie mogą odnaleźć wyjścia, w panice przemierzając jego tereny. Gdy zeszli do nas okazało się, że Darek chciał powiesić Madzię na szubienicy, ale w końcu to ona prawie wystrzeliła go z armaty (moja krew!)

Teraz już możemy wracać do Radka. Na obiadek mniamuśne frytki z rybką, pycha, i przygotowujemy się do ogniska. Po jego rozpaleniu i pierwszej trunkowej kolejce rozpoczętej przez nieustraszonego Stasia Wróbla zaczyna padać deszczyk, więc imprezka na chwilę przenosi się do domku chłopaków. Tu jak zwykle na pierwszy plan wysuwa się profesjonalny chórek żeński... do, re, mi, fa, sol... "Teksański" w wykonaniu Anusi staje się hitem wieczoru. Gdy przestaje padać wracamy na ognicho, niektórzy kombinując niezły transport. O 24.00 zjadamy kiełbachę i zaczyna się prawdziwa impreza. Rozochocone kobiety krzyczą do facetów "Pokaż pępek!" i "ściągaj spodnie!". Najgłośniej zaś Marzenka zwana Pysią i Gosia zwana Gosią. Pierwszy pod nóż idzie Rysiu. Niczym rodowity chipendales, pyk, guziczek, zameczek i naszym oczom ukazują się... niestety nie stringi! Następnie swoje pantalony z gracją pokazują kolejni panowie. Nie ma to jak kobieca władza i manipulacja! Gdy żądamy zdjęcia koszulek oni oczywiście to czynią, niektórym jednak musimy pomagać, gdyż ze zdenerwowania zapomnieli jak to się robi. Najdłużej opór stawia Jasiu, gdyż Ewka czuwa, wybierając sobie jako punkt obserwacyjny okienko, ale i on nie daje nam rady (Ewka wybacz! Nie płacz Ewka!). Po okrążeniu 1120 razy parasola ogrodowego i odśpiewaniu paru przyzwoitych kawałków wracamy wreszcie do domków, by udać się na zasłużony spoczynek. Jedni o własnych siłach, inni nie. Niestety spokój nasz zakłóca Jurek, który błędnie biorąc się za spidermana bądź batmana, wyłazi na dach i śpiewa "Gdybym był bogaty". Na szczęście po nietypowym powrocie na ziemię jest w jednym kawałku, uff. Teraz wreszcie wskakujemy pod kołderki i padamy w ramiona Orfeusza <;-).

Spisky Hrad         spad


DZIEŃ III - 03.05.2003r.

Dobsina ---> Podlesok ---> SuchaBela ---> Dobsina

Wstajemy razem z kurami, na śniadanko paróweczki i kolejne osoby na wierzchowcach przemierzają urokliwe zakątki Dobsiny. Potem wskakujemy do busika i jedziemy do Słowackiego Raju. Po drodze nie obywa się bez mrożących krew w żyłach przygód, gdyż nasz mobil odmawia nagle posłuszeństwa. Po półtoragodzinnej, ciężkiej walce z nim pierwszy mechanik Rzeczypospolitej czyt. Stasiu, nareszcie go uruchamia i choć upodobnił się kolorem skóry do tych Murzynów z pokoików, to dowozi nas do celu.

Początek trasy jest ciekawy, bo mylimy szlak, ale znalazłszy właściwy trop rozpoczynamy fascynującą przygodę. Wędrówka jest fantastyczna, bo prawie przez cały czas stąpamy po kamieniach, pniach drzewa i wodzie, każdy skąpany w niej prawie po szyję.

Stasiu

raj

Prawdziwym ekstremum ekstremalności naszej wycieczki, okazują się być pionowe drabinki umocowane przy opadających kaskadą spienionej wody wodospadach.

Widoki te robią niepowtarzalne wrażenie, które trudno jest opisać słowami, nawet tak znakomitej reporterce jak ja.

sucha bela         Sucha bela

To po prostu trzeba przeżyć! Po dotarciu na górę brudni, mokrzy ale bardzo dumni i szczęśliwi stosujemy chwilową odmianę LB - leżenie bykiem.

Po zejściu na dół doprowadzamy się do porządku, żeby Stasiu wpuścił nas w ogóle do naszej "limuzyny" i podążamy ku Radkowi, nie, powinnam napisać ku zachodzącemu słońcu, będzie romantyczniej. Na obiadek pomidorowa i nazwijmy to zapiekanka jajecznicowa, żeby było do rymu.

Sucha bela         obiadek

Nasz ostatni wieczór w Dobsinie spędzamy w miarę spokojnie. Może z wyjątkiem tych, którym pod prysznicem, w trakcie mycia, skończyła się ciepła woda. Duży sukces odnosi zainicjowana przez Krzycha akcja pod nazwą "Johny Walker, skup się!". Kupujemy whiskacza, 7up, Radek dostarcza lód i robimy wspaniałe drinki, które dla niektórych znów kończą się "helikopterami". Co za brak odporności! Oglądamy również film z wycieczki komentując oczywiście co ciekawsze zdarzenia (zwłaszcza z ostatniego wieczoru) czyli wszystkie, bo w takim towarzystwie nie można się przecież nudzić! Tyle oryginałów! Około godziny 2.00 nasze organizmy nie wytrzymują i dopraszają się snu (nocy letniej). Udajemy się więc do łóżeczek i ogarniają nas majaki senne o przeżytych przygodach, niektórzy nawet gadają przez sen jakieś głupoty... Zasypiamy...


DZIEŃ IV - 04.05.2003r.

Dobsina ---> Spiska Bela ---> Kezmarok ---> Łysa Polana ---> Nowy Sącz ---> Rożnów ---> Tarnów

Ostatni dzień przywitał nas jak zwykle piękną pogodą.

Po słodkim posiłku idziemy się pakować. Na konikach jeżdżą ostatnie osoby, nieźle sobie poczynając. Na pierwszy strzał idzie Stasio, który wygląda w siodle, jakby się tam urodził i Krzysio, który zdecydował się na ten wyczyn w ostatniej chwili - oczywiście nie żałował i nawet zawarł z rumakami dozgonną przyjaźń. Tajemnicza natomiast jest sprawa jazdy Rysia i Piotrka, którzy dokonali w czasie uroczej trasy przekrętu. Rysio pojechał na Baronie, gdyż jak stwierdził lubi wyzwania, a Piotrek na Tomaszu. Powrócili natomiast z kamiennymi minami - Rysiek na Tomaszu, Piotrek na, uwaga, Ninie (jako jedyny jechał na tej pięknej klaczy), a przewodnik - kowboy żywcem z westernu - na Baronku, nie mylić z barankiem, co to, to nie, barankiem Baronek na pewno nie jest, kapujecie?

sniadanie         kowboj

Chłopaki, proszeni, przekupywani, błagani na kolanach i ze łzami w oczach o wyjaśnienie tej nieoczekiwanej zamiany milczeli jak zaklęci. Na nic zdały się również groźby. Sprawa rozwikłania tej zawiłej zagadki została właśnie skierowana do Archiwum X. Po tych niesamowitych przeżyciach nadeszła chwila pożegnania z gościnnym Radkiem, który uważa zresztą, że zmywarka do naczyń lepsza jest niż kobieta, ale pomińmy tę kwestię milczeniem, jego wiernym, sympatycznym psem Sarą, której zrobiliśmy niezliczoną ilość fotek i konikami.

I cha, cha! Z łezką w oku opuszczamy Dobsinę i udajemy się w drogę powrotną do ojczyzny, ziemi naszych dziadków, krainy w której dorastaliśmy i żyjemy.

sara         bus

Na granicy małe zakupy i z pustymi kieszeniami, ale z głową pełną wrażeń powracamy do domów. PODSUMOWANIE Wycieczka była wspaniała, niesamowita, zakręcona i rewelacyjna, tu złóżmy ukłon w stronę organizatorów czyli Jasia i Ewki, wiwat!

JAsiuu

Pomimo małych obrażeń, oparzeń, bąbli, ran kłutych, ciętych i szarpanych jesteśmy cali i zdrowi. Prawie wszystko to co opisałam możecie zobaczyć na fotkach i kamerze, resztę trzeba sobie wyobrazić. A to czego wyobrazić się nie da, niech już na wieki okryje płaszcz tajemnicy... I ja tam byłam, tequilę i whiskacza piłam, a co zobaczyłam to wam przedstawiłam!!! THIS IS THE END!


Wspomnienia przygotowali:

Katarina i Jasiuuu

Wszelkie pytania i info : skubidu@2com.pl (Janusz )


  Opracowanie RoN 2003  
  Ostatnia modyfikacja: 04-01-2010